Pakowanie zawsze kojarzyło mi się ze szczęściem, uśmiechem i innymi miłymi rzeczami – pluszowymi misiami lub słodyczami. Dlatego właśnie z taką ochotą przystąpiłam do pakowania książki
„Pieprz” dla moich Patronek i Recenzentek. Fajna zabawa będzie, pomyślałam sobie i zabrałam się za pierwsze pudło. Cóż, jak to zazwyczaj bywa, życie weryfikuje wszystko. W tym przypadku, moim „życiem” okazało się zbyt duże pudło na książkę i dodatki.
Myśl, Iza, myśl.
Przecież potrafisz.
Pomyśl, jak zapełnić niezapełnioną przestrzeń w pudełku.
Eureka!
Rok temu robiłam sesję zdjęciową z okazji świąt Bożego Narodzenia i na jednej scence było mnóstwo serpentyn, które po wszystkim ładnie spakowałam i schowałam. Ok, tak naprawdę zwinęłam w kłębek i chciałam wypieprzyć do kosza. ALE coś mi wtedy powiedziało, że jednak może mi się to jeszcze przydać. Ilekroć przechodziłam obok pudła z serpentynami, zastanawiałam się nad tym, do czego…
Po roku serpentyny się przydały i zostały wypełniaczem pudełek dla moich Patronek, oraz atrakcją dla dzieci, kotów i papugi.
Wracam jednak do pakowania, bo o to się tutaj rozchodzi.
Miałam trzy strefy pakowania.
Każda strefa to osobny pokój.
W jednym były książki, w drugim burdel z wszystkimi dodatkami i rzeczami do pakowania. W trzecim, do którego szło się po dwudziestu schodach, był kolorowy papier, w który to owijałam książki.
Nie, nie mogłam tego trzymać w jednym miejscu.
Gdybym za dobrze wszystko rozplanowała, byłoby nudno. Za nudno.
Jak zatem było?
1. Usiadłam i podziwiałam to, jak pięknie została wydana książka. Zajęło mi to jakieś pół godziny. W trakcie zjadłam też kilka cukierków pudrowych. Cukierki te zostały kupione po to, aby osłodzić życie Patronkom i Recenzentkom. No dobra, i mnie przy okazji też. 8 kilo szczęścia.
2. Drżącą z radości dłonią, chwyciłam pierwszy egzemplarz i złożyłam na nim autograf. Dedykacja też się pojawiła. Wzruszenie odebrało mi mowę i pozostałe funkcję życiowe na kolejne pół godziny. Teraz trochę żałuję, że nie było przy mnie kogoś, kto uwieczniłby ten moment na zdjęciach.
3. Poszłam z tym pierwszym egzemplarzem na piętro, żeby ładnie zapakować książkę w papier do pakowania. Nim doszłam do perfekcji, zmarnowałam jakieś dziesięć rolek papieru, bo przecież pomimo tego, że jestem jako tako wyszkolonym introligatorem, NIE POTRAFIĘ prosto przeciąć kartki.
4. Musiałam odpocząć, ale tylko kwadrans.
5. Wróciłam na dół i zaczęłam pakować pierwszą paczkę. W międzyczasie częstowałam się cukierkami pudrowymi.
6. Zapakowałam pierwsze pudełko i zaczęłam sobie bić brawo.
7. Rozpakowałam pierwsze pudełko, bo przecież na pewno zapomniałam tam czegoś włożyć. Po sprawdzeniu uznałam, że jednak wszystko włożyłam. W nagrodę zjadłam kilka cukierków pudrowych.
8. Wzięłam w dłoń kolejną książkę, złożyłam na niej autograf i dedykację i poszłam na górę, żeby ją zapakować. Teraz się zapytacie, dlaczego nie mogłam wszystkich książek od razu podpisać i zapakować w ozdobny papier, oszczędzając sobie przy okazji joggingu z parteru na pierwsze piętro?
Bo uznałam, że NA PEWNO się pomylę i NA PEWNO paczka dla Ani pojedzie do Kasi, a paczka dla Kasi, pojedzie do Patrycji, a paczka dla Patrycji pojedzie do Karoliny(…) dlatego lepiej zrobić wszystko mądrze i rozsądnie…
Pragnę tylko poinformować, że swego czasu, wychodząc z pracy, zamykałam drzwi na klucz, wsiadałam do auta, odpalałam silnik i po chwili go gasiłam, żeby wysiąść i sprawdzić, czy na pewno zamknęłam te pieprzone drzwi. Czasem wysiadałam trzy razy.
Ot, taka natrętna profilaktyka.
9. Wydaje mi się, że poczęstowałam się cukierkiem.
10. Cztery książki później, spocona jak po jakimś maratonie, otworzyłam wszystko to, co już spakowałam, bo zapomniałam włożyć do książek zakładek.
11. Poszłam na górę. Sama. Po herbatę. Gdy wyjmowałam z szafki opakowanie z herbatą, pudełko się przewróciło i jeden z woreczków wypadł na podłogę. Byłam pewna, że to mysz. Mam myszowstręt.
12. Wróciłam na dół. Spakowałam kolejne dwa pudełka, chodząc z każdym pojedynczo na górę, żeby je zapakować w ozdobny papier. Gdy byłam gdzieś tak w połowie pracy, zaczęłam się śmiać jak głupia, bo zapomniałam do wszystkich pudełek włożyć bawełnianą torbę z napisem „Lubię pieprzyć, w kuchni też”.
13. W tym momencie CHYBA zwątpiłam w swoją poczytalność. Pocieszyłam się cukierkiem. Jednym.
14. Położyłam nogi na ławie i powiedziałam sobie „Pieprzę to, przyjdą krasnoludki i zapakują pozostałe książki”. Nie przyszły. Pewnie były zajęte.
15. Moja ambicja kazała mi zdjąć nogi z ławy i zabrać się za zamawianie kuriera dla tych już spakowanych pudełek.
16. Wyniknął problem, ponieważ podczas zamawiania kuriera, pokazywał się błąd świadczący o braku obsługi paczki o takim gabarycie, jaki ja chciałam nadać. Infolinia czynna do 16. Zegarek wskazywał na godzinę 16:05. Jakoś mnie to nie zdziwiło.
17. Poszłam spać. Drzemać. Uznałam, że jak się obudzę, problem zniknie, bo przecież krasnoludki naprawdę istnieją i zrobią za mnie wszystko.
18. Otworzyłam oczy, wystraszona jak przed pierwszym egzaminem na prawo jazdy, bo mi się ubzdurało we śnie, że dziś premiera, a ja nie spakowałam książek. Wyskakując z łóżka, uderzyłam się w duży palec u nogi. Zabolało. Zabluźniłam.
19.Wybiła północ, a Kopciuszek, pomimo, że bolało go wszystko, uznał, że ZWYCIĘSTWO, bo przecież wszystkie paczki są zapakowane i można iść spać. Sprawę z kurierem zostawiłam na następny ranek.
20. Zrobiłam sobie dzień dziecka i poszłam spać bez mycia.
21. Śpię i śnią mi się różne rzeczy. Że jestem jednorożcem, kluskami śląskimi i książką bez literek.
22. Od godziny 8:00 do godziny 11:25 wymieniam się telefonami i mailami z infolinią kurierską, żeby rozwiązać problem. W międzyczasie dzwonili też do mnie w sprawie garnków, paneli fotowoltaicznych i nowego abonamentu telefonicznego. Piszę im, tym moim kurierom, że są niekompetentni, bo nie potrafią rozwiązać mojego problemu. Niekompetentna Pani grzecznie prosi o Print Screeny tego, co ja wpisuję w rubryczkach z wymiarami paczki. W międzyczasie jem cukierki pudrowe i wysyłam to, o co Pani prosi. W mailu zwrotnym dostanę informację, że wymiary powinnam wpisać w centymetrach… cóż, dodało się jedno zero za dużo… wiecie, 30 cm a 300 cm to przecież żadna różnica…
23. Przeprosiłam za swoją pomyłkę (owszem, potrafię), tłumacząc to słoną wodą w Bałtyku. Nagle się okazało, że mam 35 minut na to, aby wstukać w system 14 adresów, żeby kurier zabrał je jeszcze dziś.
24. Jak ja to zrobiłam, że nie walnęłam się z żadnym adresem?
25. Kurier zamówiony, będzie między 14 a 16. Jest 11:57, idę więc na spokojnie wydrukować etykiety, bo przecież mam dużo czasu.
26. Jest 12:05, przyjechał kurier. Bo akurat był w okolicy.
27. Kurier czeka, a ja przyklejam etykiety na pudełka, zastanawiając się przy okazji, kto mnie przeklął. Częstuję się cukierkiem pudrowym.
28. Paczki zostały zabrane. Mam spokój do poniedziałku.
29. Dwie minuty później okazuje się, że jednak nie mam spokoju. Muszę przecież spakować jeszcze paczki dla Recenzentek na następny dzień. Uznaję, że zrobię to później.
30. Później następuje około 22:00 albo i „później”.
31. Poszło w miarę sprawnie, bo około 00:30 jestem po pracy. Jeden mały „problem” pojawił się wtedy, kiedy znalazłam malutkie opakowanie z pieprzem, leżące samotnie na podłodze. Wkładałam je do każdej paczki. Patrząc na znalezisko, zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy:
A) wypadło z którejś paczki.
B) nie wypadło z żadnej paczki, tylko sobie odpoczywa na podłodze.
Wybrałam punkt „A” i rozpakowałam wszystkie paczki. Oczywiście, że w każdej był ten pieprzony pieprz. Biorę cukierka pudrowego na uspokojenie. A powinnam wódkę. Idę spać.
32. Budzę się rano. Jestem spokojna, wyluzowana. Dziś śniło mi się, że jestem kotem. Odbieram też kilka niezobowiązujących telefonów, które trwają łącznie trzy godziny. Mam przecież czas
na pogaduszki.
33. Powolnym krokiem idę drukować etykietki dla kuriera.
34. W trakcie drukowania, wredny głos w mojej głowie mówi mi, że na pewno pomyliłam imiona Recenzentek i książki trafią nie tam, gdzie powinny. I będzie afera.
35. Jest godzina 11:25, a ja rozcinam taśmę z pudełek, żeby sprawdzić, czy dobrze wszystko podpisałam i zapakowałam. Producent taśmy musi być ze mnie dumny.
36. Wydaje mi się, że dobrze podpisałam książki, ale prawidłowy adres mail, numer telefonu i adres korespondencyjny, wcale nie muszą o tym świadczyć. I na pewno coś pomyliłam.
37. Jest godzina 11:45, zamawiam kuriera i pędzę na górę wydrukować etykiety. Robię to szybko, bo znając moje szczęście, zaraz przyjedzie, bo znowu będzie w okolicy.
38. Czekam na kuriera jedno pół godziny. Czekam drugie pół godziny i odstawiam pudełko z cukierkami pudrowymi pod ławę.
39. Krew, wszędzie krew. Rozcięłam sobie dłoń w dwóch miejscach, bo ława była szklana i wyszczerbienie. I ja oczywiście zawadziłam łapą o to wyszczerbienie, gdy odkładałam pudełko z cukierkami.
40. Obrzydziłam sobie cukierki pudrowe do końca życia.
41. Przyjeżdża kurier. Zabiera przesyłki. Ufam (sobie!), że nie pomyliłam nic i mogę zacząć łikend.
42. Odwalam tego dnia jeszcze kilka dziwnych „rzeczy”, co prawda już nie w temacie książek, ale nie mogę o tym pisać. Serio, to już zbyt grube przegięcie. Niemniej uważam, że tak właśnie miało być. Że wszystko jest po coś. Że przestanę żreć cukierki pudrowe chociażby.

Już się nie mogę doczekać następnego pakowania :D

5 1 głos
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najczęściej oceniane
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Aneta

Ojej 🙈 to się narobiłaś ♥️ To jak tylko dostanę moją Recenzencką przesyłkę to wrzucam film rozpakowujący ♥️♥️♥️

Ela

Przy kolejnym pakowaniu będzie lepiej 😅, kup większy zapas cukierków 🤣