Małżeństwo.
Na stanie jedno dziecko, całkiem już duże, bo potrafiące trzasnąć drzwiami w ramach wyrażenia swojego zdania na temat wynoszenia śmieci, sprzątania w pokoju czy też odrabiania lekcji. Na wszystkich imprezach on był “królem stołu”. Dowcipny, zawsze mający w rękawie opowieść, która wprowadzi gości w stan przyjemności i nirwany. Cyklicznie zaprasza znajomych, wódkę postawi, dobre jedzenie w domu ma. Wesoły chłopak.

Ona natomiast (nazwijmy ją roboczo “Anią”), podczas tych biesiad, więcej czasu spędzała w kuchni, aniżeli w pokoju razem z gośćmi, gdyż:
– Aniu, przynieś kurczaka.
– Pomidorki się skończyły, dokrój.
– Chce ktoś może kawę lub herbatę? Aniu, zrób coś do picia.
– Żono, wyjdź z psem.
– Aniu, zajmij się dzieckiem bo nam przeszkadza w piciu wódki.

I Ania bez słowa wykonywała wszystkie polecenia, a jej twarz była coraz bardziej udręczona, a jej serce było coraz bardziej poszarpane, a jej ciało było coraz bardziej zmęczone.
Bo nie tego się spodziewała, gdy wychodziła za niego za mąż.
Dzieci? Owszem.
Pies? Jak najbardziej.
Kot? Niech w domu będzie chociaż jeden prawdziwy samiec.
Imprezy ze znajomymi? Bardzo proszę.
Tylko nie jako kucharka, służąca, niania czy też sprzątaczka, a bardziej jako żona, której zdanie też się liczy.
Nie tylko w kuchni.

Kiedy czasem udało się Ani usiąść razem z innymi biesiadnikami do stołu, jej oczy wędrowały po tym kulinarnym przybytku, w ułudnej nadziej, że nikomu nic nie braknie, że nic nie trzeba będzie donosić, że wszyscy będą zadowoleni z tego, co mają na talerzach.
Ludzie byli jednak przyzwyczajeni do tego, że Ania ciągle coś w tej kuchni robiła.
Ciągle coś. Dlatego długo miejsca przy tym stole to ona nie zagrzała. Czasem jedna czy druga koleżanka odwiedziła ją w królestwie pełnym brudnych garów i mówiła wtedy coś w ten deseń:
– A ty ciągle tutaj.
– A ja ciągle tutaj – odpowiadała Ania, dzierżąc w ręku ostry nóż.

Pewnego dnia poszła do pracy, gdyż wydatki w domowym budżecie, zaczęły być większe, niż zarobki Aniowego męża.
Rano wyprawiała dziecko do szkoły, wyprowadzała psa na spacer, kot był zaradny i samowystarczalny. Później jechała do biura.
Uwielbiała tam być.
Szczególnie na nadgodzinach, szczególnie ze swoim kolegą, z biurka obok.
Rozmawiało im się ze sobą świetnie, do tego stopnia dobrze, że Ania zaczęła mieć gdzieś to, kogo i na kiedy jej mąż znowu do domu zaprosił. Coraz częściej, w piątkowe i sobotnie wieczory, Ania musiała być w pracy.
Imprezy domowe natomiast jakby skromniejsze się zrobiły. Z paczką chipsów, colą, śledziami z plastikowego pudełeczka, naprędce posmarowanymi kanapkami i jajkami ugotowanymi na miętko. No bo mąż nie wiedział co, jak i ile…
Ania natomiast zaczęła tryskać humorem, ubierać się bardzo kobieco i uśmiechać bez powodu.

Mąż się wqrwił, gdyż uznał, że coś tu nie gra. A że chłopak inteligentny i sprytny, to po nitce do kłębka, doszedł do tego, że Ania przysunęła swoje biurko zbyt blisko do biurka kolegi z pracy.
Za bardzo się ze sobą spoufalili.

Nie zrobił jej awantury. Nie zrobił też sceny zazdrości.
Zrobił jej dziecko.
Ania znowu wróciła do kuchni, bo troskliwy małżonek stwierdził, że w ciąży to ona kategorycznie nie powinna się przemęczać. W domu sobie odpocznie.
A co Ania na to wszystko? Kładła dłoń na coraz większym brzuchu i myślała o tym małym cudzie, który w niej rośnie. Wkładała w te myśli ogrom miłości.
Wtedy się uśmiechała.
Jednak gdy przyszedł moment, że przypominała sobie o pewnym biurku i o pewnych brązowych oczach, w które tak dobrze się patrzyło, wtedy na jej twarzy pojawiał się smutek.
Przełykając nerwowo ślinę, głaskała się po brzuchu i całą swoją miłość przelewała na maleństwo w nim mieszkające, a kluski z garnka do durszlaka.

Urodziła.

Mąż zaprosił na pępkowe, a znajomi byli pełni podziwu dla tego, w jaki sposób Ania organizuje sobie czas. Ogarniała dom, duże dziecko, małe dziecko. Gotowała i jeszcze zwierzaki jakie zadowolone były. Goście klepali męża po plecach, mówiąc mu, że ma szczęście posiadając taką żonę. Widząc to, Ania kiwała tylko głową i wracała do karmienia dziecka mniejszego. Trzy miesiące później znowu była w ciąży.
Wymieniła “akumulatorki” na nowe, bo te, na których do tej pory funkcjonowała wyczerpały się kompletnie.
Poszła też do pracy, żeby zanieść kolejne zwolnienie. Była z dzieckiem większym, dzieckiem mniejszym i tym jeszcze nienarodzonym, pomieszkującym w jej pokaźnym już brzuchu. Położyła papierek na tak sobie dobrze znanym biurku, spojrzała w smutne brązowe oczy i powiedziała:
– No to cześć.
– Cześć – odpowiedział jej przygaszony głos.
Gdy wyszła, zachciało się jej płakać. Nie zdążyła jednak uronić łzy, bo wyręczyło ją w tym dziecko mniejsze. Niedługo potem urodziła. Dwa lata później jeszcze raz.

Pies zdechł, kot wpadł pod samochód, a Ania przestała się uśmiechać szczerze. Poszła do sklepu i kupiła sobie maskę, którą wkładała dla męża, rodziny, znajomych. Tylko dla dzieci zostawiła prawdziwy uśmiech. Tak przynajmniej myślała, że szczerze się do tej swojej fantastycznej czwórki śmieje.

“Ania” to żona, którą znam osobiście. Myślę sobie też, że wiele osób zna taką “Anię”. I myślę sobie też, że mogłabym “popełnić” książkę, w której “Ania” byłaby jednak szczęśliwa. I nieco samolubna też.

5 1 głos
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najczęściej oceniane
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Ela

Jakie to prawdziwe 😥. Takich Ann jest wiele, zbyt wiele!! Czekam na kontynuację losów Ani. ❤️

book_w_mkesie

Oj wiele mamy kobiety wspólnego z Ania. Jakie to prawdziwe 🙈